• RiabininCzas przemian i nawrócenia ekologicznego trwa nieustannie. Matka Ziemia i myślenie ekologiczne.
  • cop karuzela
  • cytat
  • encyklika karuzela
  • Boska ziemia
  • encyklika
  • Czas przemian i nawrócenia ekologicznego trwa nieustannie. Matka Ziemia i myślenie ekologiczne.
  • Przemówienie papieża Franciszka do uczestników spotkania „WIARA I NAUKA: W KIERUNKU COP26”
  • Ekologia encykliki Fratelli tutti
  • Zielone Słowa BOSKIEJ ZIEMI.To przewodnik porządkujący wzajemne relacje Kościoła katolickiego z tematyką ochrony przyrody, środowiska, klimatu i ekologii.
  • Ekologia to ważna część nauczania Kościoła – wywiad KAI z o. Stanisławem Jaromi

Nikogo nie potępiał ani nie krytykował. Kto odpokutuje grzechy, będzie zbawiony. Franciszkowy sposób na kryzys w Kościele. – tak red. Edward Augustyn zaczyna swoją pochwałę franciszkańskiej propozycji życia. Bohaterem jego artykułu jest br. Józef Bałaban, franciszkanin, który skończył 93 lat i przez siedemdziesiąt lat był klasztornym ogrodnikiem. Codziennie robi różańce z ziaren, które sam uprawia w ogrodzie krakowskiego klasztoru i pokazuje, jak piękna jest różnorodność – biologiczna, duchowa, pokoleniowa. Tekst ukazał się w Tygodniku Powszechnym 14/2022. Publikujemy jego obszerne fragmenty…

„W marcu trzeba je wysiać do doniczek, po trzy, cztery nasionka do każdej. Jedni mówią, żeby wcześniej moczyć, to szybciej wzejdą. Ale ja nie moczę. Mam w ogrodzie namiot z folii i tam je rozsadzam. Podlewać trzeba, bo lubią wodę”. Zakonnik sypie do woreczka garść czarnych kulek – nasion czy owoców, nie wiem. Ma ich pod biurkiem dwa pełne wiadra. Łzawnica hiobowa, zwana też ogrodową albo jerozolimskim prosem, to trawa mało w Polsce popularna, ale w krajach azjatyckich traktowana jest jak zboże – z jej ziaren, po wymłóceniu, przyrządza się zupy, kleiki albo piwo. W medycynie wschodniej używa się jej do leczenia chorób układu pokarmowego, ale dobrze też wpływa na kości, włosy i skórę oraz łagodzi ból. Ziarna ma twarde, w kształcie łez. Wszędzie, gdzie się ją uprawia, wykorzystuje się je do produkcji biżuterii. Brat Józef robi z nich różańce.

O tym, jak zakonnicy w Gołonogu sprzedawali flance

– Po przymrozkach, w maju najlepiej, trzeba sadzonki włożyć do ziemi, co pół metra. Jak przyjdzie ciepło i chwycą wilgoć, to urosną szybko. Nic nie trzeba robić, tylko chwast wyrywać, bo zabiera wodę. We wrześniu można zbierać owoce. Albo i wcześniej, jak są jeszcze białe. Wtedy będą białe różańce. Źle się rozchodzą. Wolę poczekać, aż ściemnieją. Po zerwaniu, jak sobie schną, to się jeszcze zmieniają w lekko siwe. Te mi się nadają najbardziej.

Brat Józef Bałaban, rocznik 1929, przez siedemdziesiąt lat był klasztornym ogrodnikiem. Przez blisko czterdzieści łączył tę pracę z dyżurami na furcie krakowskiego klasztoru. Na pytanie, skąd u niego ogrodnicza pasja, wzrusza ramionami:  – Siedem klas podstawówki miałem, co innego mógłbym robić? Po szkole, jak się skończyła okupacja, zostałem w domu, na wsi. Rodzice parę morgów ziemi mieli, bydło, konie. Pomagałem. Odsłużyłem ludowe wojsko, w Krakowie, na Wrocławskiej, w piechocie. Na obozy wojskowe do lasu, koło Mielca, nas wozili. Wróciłem na wieś, pracowałem jako kościelny. Aż raz sąsiad, Ziemiański się nazywał, przyniósł mi „Rycerza Niepokalanej”. Napisałem do Niepokalanowa, że chciałbym do klasztoru. Odpisali, żeby przyjechać. (…)

O pochwale stworzenia i legendach pierwszych braci

Życiorysów św. Franciszka z Asyżu i historii powstania zakonu było kilka. Tuż po jego śmierci (1226) wśród braci, chcących go naśladować, nastąpił podział na tych, co chcieli żyć jak normalni zakonnicy, i tych, co chcieli wędrować, nauczać i jeść to, co im ludzie dadzą. Każda z grup zaczęła spisywać własną wersję początków franciszkańskiej rodziny. Gdy w 1260 r. życiorys Założyciela napisał św. Bonawentura – wielki filozof, teolog i generał zakonu – jego wersję uznano za oficjalną, a wszystkie wcześniejsze kazano zniszczyć, jako mało poważne, naiwne albo zbyt rubaszne.

Na szczęście nie do końca się to udało. W XIV wieku takie spisane po łacinie legendy o Franciszku, Klarze, bracie Leonie, Jałowcu, Idzim i paru innych o nie mniej oryginalnych imionach przetłumaczył na język włoski anonimowy mnich z Toskanii. Zatytułował je „Fioretti”, czyli „Kwiatki”. To proste historie: o radości doskonałej, złym wilku z Gubbio, wizycie u sułtana, nawróceniu zbójców – by wymienić tylko bardziej znane. Zbiór otwierała „Pochwała stworzenia” („Laudato si”), pieśń ułożona przez Franciszka, w której ślepnący i bliski śmierci Biedaczyna wielbi Boga za wszystkie jego dzieła – słońce, księżyc, gwiazdy, wiatr, powietrze, ogień i wodę – nazywając je braćmi i siostrami. To na wieki ukształtowało obraz franciszkanizmu, opierającego się na takich wartości jak ubóstwo, pokora, miłosierdzie, miłość do Boga i wszystkich stworzeń, pogodne przyjmowanie przeciwności losu i radosne oczekiwanie na siostrę śmierć. Legendy „Kwiatków” inspirowały poetów, malarzy, filozofów i całe rzesze zwykłych ludzi.

Literackie arcydzieło włoskiego średniowiecza zostało genialnie przetłumaczone na język polski w 1910 r. przez Leopolda Staffa. Stało się to na fali pierwszego zachwytu Franciszkiem, której źródłem była wydana we Francji biografia świętego autorstwa Paula Sabatiera (1894) oraz pierwsza polska monografia, autorstwa prof. Edwarda Porębowicza, romanisty z lwowskiego uniwersytetu (1899). Wcześniej, przez długie wieki, nasze elity kulturalne nie przywiązywały do asyskiego trubadura zbytniej uwagi. Protekcjonalnie traktowało go szkolnictwo jezuickie, pobożność barokowa czy saska były dalekie od franciszkowej duchowości, lekceważyło ją oświecenie. Zresztą i później nie wszyscy ulegali jej urokowi. Pisał Jan Kott w „Dziennikach i małych szkicach”, w 1966 r. (a więc już po przejściu na jasną stronę mocy): „Franciszkanizm był zawsze dla mnie, jak i prawie całego mojego pokolenia, bardzo daleki. Wydawał się naiwny, sentymentalny i modernistyczny. Pasował do secesji, nawet w swoim plastycznym kształcie (...) Ani demoniczny Breton, uprawiający tresurę wyobraźni (...), ani Maritain, ostatni z wielkich scholastyków – nie lubili św. Franciszka”.

O tym, jak klerycy kapustę deptali i z łuku strzelali

Tymczasem brat Józef oprowadza mnie po swoich grządkach w Krakowie. I wspomina czasy, gdy przenieśli go do tutejszego klasztoru. – Zaczął się stan wojenny. Byłem wtedy w Radomsku, tam też mieliśmy ogród. Przyjechał po mnie brat Nóżka, krakowski szafarz. Pamiętam, że wieźliśmy świniaka w samochodzie, patrole wojskowe nas zatrzymywały, ale się udało. Ogród był wtedy duży, świnki trzymaliśmy w chlewiku, tu, na tylnej ścianie urzędu miasta. Nie widzieli go, bo to ściana bez okien. Ale śmierdziało na pewno. Tylko co było robić, jak w sklepach pusto, a kleryków dużo? Były lata, że ponad stu.

Dzisiaj jest ich ledwo trzydziestu. W miejsce świniarni wybudowano pokoje gościnne, połowę ogrodu przerobiono na płatny parking, na drugiej połowie posiano trawnik, posadzono iglaki, zatrudniono świeckiego ogrodnika, zrobiono alejki, kącik z figurą Matki Bożej, kącik dla św. Franciszka oraz strzelnicę. – Klerycy sobie zbudowali. Ale z łuku strzelają, nie z wiatrówek – wyjaśnia bez pytania. – Są tacy, co z 50 metrów do celu trafią. Jemu zostawiono może z ar ziemi, żeby mógł sadzić swoją łzawnicę. Ma też foliowy namiot, mały, pokrzywiony od wiatru i starości, zagracony, ale wciąż potrzebny. Dosadza jeszcze po bokach pory i sałatę, bo dobrze się udają.

– Jedzenie dziś można tanio kupić w supermarkecie, więc nikomu się nie opłaca warzyw hodować. Kiedyś wszystko ludzie robili sami. My w klasztorze też. Klerycy kisili kapustę, najpierw cały dzień szatkowali, potem bosymi nogami ugniatali w beczkach. Ugotować obiady na sto osób to nie byle co. W kuchni gotowały zakonnice, z pomocą wynajętych dziewczyn. Ale od dwóch lat mamy zawodowych kucharzy – dwóch panów i jedną panią. Jedzenie jest dobre, powiem nawet, że się poprawiło. Smacznie gotują i większy wybór jest. Ale przedtem też nie narzekałem. Co dawali jeść, jadłem. I dobrze było.

O tym, jak franciszkanie Kościół przed upadkiem uratowali

Przykład chrześcijaństwa żywego, szczerego, pełnego gorących emocji, biorącego na serio i dosłownie Ewangelię, poświęcającego się najbiedniejszym, kontemplującego Stwórcę w przyrodzie, wierzącego w pokój, dobro i powszechne braterstwo, nawołującego owszem do pokuty i wyrzeczeń, ale traktującego je nie jak bezsensowną udrękę, tylko dobrowolnie wybraną metodę samodoskonalenia – dawał zwykłym ludziom nadzieję, że naukę Jezusa da się realizować, a nie tylko o niej mówić. Gdy kaznodzieje w kościołach straszyli piekłem, bracia w poszarpanych habitach nieśli obietnicę zbawienia. Dla pogrążonego w kryzysie Kościoła pojawiła się szansa przeżycia.

Przyczyny upadku instytucji były jakby znane: zabieganie o władzę doczesną, hipokryzja, przepych, korupcja. A także wykorzystywanie dzieci, o którym św. Piotr Damiani pisał już w XI wieku, więc okazało się nieobce żadnej epoce. Wierni dobrze wiedzieli, jak zdemoralizowani potrafią być ich pasterze, jak daleko odeszli od Ewangelii, jak sprytnie rozkładają ciężary na barkach innych. Bunt się tlił i nie był wcale mały. Waldensi i albigensi odrzucali pośrednictwo kleru w kontakcie z Bogiem, domagali się dla wszystkich, w tym kobiet, prawa głoszenia Ewangelii i udzielania sakramentów. Katarzy uznali z kolei, że jedynym ratunkiem będzie radykalna pokuta i umartwienie, by pokonać siły ciemności, które nieustannie walczą ze światłem, a okiełznanie ciała, zwłaszcza w sferze seksualnej, najbardziej grzesznej, to droga do pewnego zbawienia.

Kościół w ruinie widział sam papież Innocenty III. Legenda mówi, że raz przyśnił mu się rozpadający się gmach bazyliki na Lateranie, ale wtedy zobaczył Franciszka, który własnymi ramionami podtrzymywał walące się filary. Jednak to, że pierwszych franciszkanów nie spotkał los kacerzy i heretyków, nie było zasługą dobrego snu papieża. Bracia wiedzieli, jaki los czeka tych, którzy okażą nieposłuszeństwo Kościołowi. Poszli prosić papieża o zgodę na życie Ewangelią, ale dla siebie – ich wybór nie miał być przymusem dla innych. Nikogo nie potępiali ani nie krytykowali. Kto odpokutuje swoje grzechy i zmieni życie, będzie zbawiony, czy to zbój, czy biskup. Kto się nie nawróci, ten sam się potępia. Pomogło im pewnie, zwłaszcza na początku, nim uzyskali zatwierdzenie reguły, że udawali naiwnych i głupszych od innych. A na pewno to, że znaleźli mocnych protektorów na papieskim dworze.

O tym, kto mądry, a kto mądrzejszy. I jak to się zaczęło

Różańce z ziaren łzawnicy brat Józef zaczął robić dopiero w Krakowie. Wcześniej tej rośliny nie znał. Przyszły raz na furtę siostry szarytki z ulicy Warszawskiej, dały mu nasiona. Całkiem nieznajome zakonnice, więc nie wie, dlaczego to zrobiły. Ale zasiał i dał się wciągnąć. Podpytuję, co to dla niego znaczy. W końcu takie cierpliwe składanie koralików to już jak modlitwa. Uśmiecha się: – Ja to robię, żeby czymś ręce zająć i darmo nie siedzieć. Może trochę dla odpoczynku. Przypadkowo to przyszło. A modlę się w kaplicy.

Ziarna segreguje według wielkości, nietypowe odrzuca. Na biurku poukładane je ma grupkami. Pięć razy po dziesięć Zdrowaś Mario, pięć Ojcze nasz, pięć na rozbieg albo zakończenie, jak kto woli, tylko żeby w intencji Ojca Świętego, razem 59, bo w miejscu jednego, łączącego koronkę, będzie medalik. Do tego krzyżyki, które właśnie się skończyły, więc musi poprosić gwardiana, żeby posłał kogoś do Częstochowy, bo tam mają najlepszą cenę. W każdym ziarenku jest naturalne miejsce na otwór, miękkie, więc nie musi nic wiercić. Czasem tylko trzeba się więcej namozolić, żeby drucik przeszedł. Przewleka, zawija szczypczykami pętelkę, i następny. Po każdym dziesiątku dodaje trzy ogniwa łańcuszka, żeby przerwa była wyraźna.

Pytam, ile mu przy tym schodzi. Znowu się uśmiecha. – Najpierw trzeba posadzić, potem plewić, pozbierać, przesuszyć w skrzynkach. Więc jakieś pół roku. A potem, przez zimę, jak w ogrodzie nie ma pracy, dopiero się składa różańce. Może jakbym szybko robił, to w godzinę jeden bym zrobił. Ale po co się spieszyć? To ma być wytchnienie i przyjemność. Na dzień może dwa, trzy zrobię. (…)

O tym, jak dziennikarz zadawał naiwne pytania i co usłyszał w odpowiedzi

„Braciom drwalom zabraniał ścinać całe drzewo, żeby miało nadzieję odrośnięcia na nowo. Ogrodnikowi kazał dookoła ogrodu pozostawiać nieuprawne obrzeże, ażeby na nim, w swoich porach, zieleń ziół i piękno kwiatów głosiły Ojca wszystkich pięknych rzeczy. W ogrodzie polecił wydzielić działkę na pachnące zioła i kwiaty, ażeby patrzącym przywoływały na pamięć błogość wiekuistą. Robaczki usuwał z drogi, aby ich nie podeptano, a pszczołom kazał nakładać miód i najlepsze wino, by w czasie mrozu zimowego nie poginęły z głodu. Mianem brata nazywał wszystkie żyjątka, chociaż ze wszystkich rodzajów zwierząt przede wszystkim lubił zwierzęta łagodne” – pisał o Franciszku brat Tomasz z Celano, trzynastowieczny biograf („Życiorys drugi”, CXXIV, 165).

Kawałek ugoru zostawiony w ogrodzie, by rosło na nim, co tylko chce matka natura, często nazywa się dziś „zakątkiem św. Franciszka”. Ma on ogromne znaczenie dla życia gatunków, o których rzadko myślimy, jak chwasty, owady czy małe kręgowce. Mam wrażenie, że skrawek ziemi, pozostawiony bratu Józefowi przez współbraci, pełni podobną funkcję. I pokazuje, jak piękna jest różnorodność – biologiczna, duchowa, pokoleniowa. Nawet jeśli w marcu wygląda trochę marnie. Ale czuje się, że to ożyje. – Któregoś roku przychodzę – mówi brat Józef, oprowadzając mnie po swoim zakątku – a tu nie ma ziaren. Kilka na krzaku zostało. Co jest, myślę? Okazało się, że szczury wszystko zjadły. Widocznie smaczne było. Szczurów w Krakowie dużo, a tu w tych deskach, z których bracia szopkę na Boże Narodzenie robią, miały dobrze. Potem im zostawiałem trochę takiego ziarna, które mi nie było potrzebne, bo na przykład za małe albo nieforemne. Żeby to sobie jadły, skoro im smakuje. (…)

Spacerujemy alejkami, a ja chciałbym jeszcze wrócić do tych różańców. Trzy godziny spotkania zaraz miną, a zdania, które brat Józef wypowiedział, starczą może na pół kartki. Nie jest rozmowny, prawda. Więc próbuję jeszcze raz. Z jednej i z drugiej strony. Zadaję pytania oczywiste, naiwne, tłumacząc sobie, że nikomu ich nie pokażę. Żeby tylko się otworzył, nie był taki na dystans. Więc – czy te paciorki różańca to tak jak dni życia? Wszystkie jednakowe, a przecież inne? Czy nadają codzienności jakiegoś rytmu albo poczucia stałości, w świecie, który wariuje i ciągle się zmienia? Bo przecież paciorki, tak jeden za drugim, to jak dzień za dniem – powtarzam z coraz mniejszą wiarą. – Pewnie, że każdy dzień taki sam – odpowiada w końcu z uśmiechem. – Zwłaszcza jak się jest w zakonie i ma się 93 lata. Ale wie pan, ja wciąż czekam na ten jeden, jedyny, który będzie inny. Wiem, że to już niedługo. I wtedy powiem swoje amen.

Tekst i Fot. Edward Augustyn, 28 lutego 2022 r.

Całość w: Tygodnik Powszechny 14/2022 z 3.04.2022

1000 Characters left